Idealne sądy: Sędziowie powinni zarabiać dużo i nie zajmować się czynnościami urzędników

Ostatnio było o sądach toksycznych, a tym razem o idealnych. „Rzeczpospolita” zamieściła na swoich łamach sondę na temat: jak przeprowadzić reformę sądów (tekst Marka Domagalskiego). Jedną z przytoczonych wypowiedzi była opinia sędzi Anety Łazarskiej (SO Warszawa), która stwierdziła, że hamulcem polskiego sądownictwa jest m.in. wykorzystanie sędziów do czynności, które powinien wykonywać urzędnik sądowy. Wypowiedź ta odbiła się echem w urzędniczych zakamarkach Internetu, budząc oburzenie. Tymczasem ja całkowicie się z sędzią zgadzam. Powiem nawet więcej – w idealnym sądzie, idealny sędzia powinien być na tyle mądrym i szanowanym człowiekiem, że jego wyrokowanie powinno właściwie ograniczać się wyłącznie do wskazania rozstrzygnięcia i jego podstaw. Całość pracy związanej z administracją, obiegiem dokumentów, decydowaniem, co komu wysłać, zebraniem kompletu orzecznictwa, kwerendy przepisów i inne powinna być uprawnieniem zespołu urzędników o różnych poziomach kompetencji i odpowiednio wynagradzanych.

Gdybyśmy spróbowali nieco oderwać się od naszych sądowych realiów i popatrzeć trzeźwo na sytuację, trudno będzie obronić pogląd, dla którego to właśnie sędzia ma się zajmować wydawaniem zarządzeń o tym, że w aktach ma być „zwrotka”, gdzie mają być wysłane jakie pisma oraz stwierdzaniem tego, czy orzeczenie jest prawomocne. W istocie jest to marnotrawienie potencjału sędziego, a te czysto administracyjne czynności trudno uznać za zadania sędziego – bo w żaden sposób nie są związane z wyrokowaniem.

Być może powinno w idealnym sądzie funkcjonować biuro sędziego, który miałby do dyspozycji cały zespół – od referendarza sądowego przez asystenta, protokolanta, sekretarza po najmniej wykwalifikowanego pracownika obsługi. To sędzia byłby szefem zespołu, z którym na co dzień by współpracował, zamiast prowadzić intensywne życie towarzyskie w wydziałowym i międzywydziałowym środowisku sędziowskim. Jego autorytet nie zależałby wtedy od przynależności do określonej grupy zawodowej (krytyczne media lubią cytować niefortunny termin użyty przez jedną sędzię – „kasta”, ale ja tego słowa nie lubię). Opierałby się na faktycznym autorytecie wynikającym z wiedzy prawniczej i doświadczenia życiowego – atrybutach niezbędnych do wyrokowania.

To wszystko, co napisałem, jest utopią. Są jednak miejsca na świecie, gdzie w taki sposób pracuje się w sądownictwie. O ile mi wiadomo, mniej więcej tak wygląda praca w Europejskim Trybunale Praw Człowieka, gdzie sędziowie cieszą się ogromnym szacunkiem, a jednocześnie potrafią po partnersku współpracować ze swoim zespołem (w którym mają ogromne wsparcie), a idąc z członkami swojego zespołu na lunch, nie czują, że im tego autorytetu ubywa.

Niestety, nie mamy ani idealnych sądów, ani biur sędziowskich, ani też sędziów, którzy mają aż taki autorytet. Nie mamy również wynagrodzeń na poziomie, który pozwoliłby nam myśleć poważnie o takiej wizji. A szkoda, bo w takiej organizacji status urzędnika sądowego byłby znacznie większy. Byłaby możliwość awansu i poszerzania kompetencji wraz z nabywaniem doświadczenia. Pomimo tego, że całość wizji brzmi nierealnie, tak powinien wyglądać normalny i sprawny sąd. Nie dajmy sobie wmówić, że te pseudoawanse i przeszeregowania na niejasnych zasadach oraz pseudoregulacje dotyczące wynagrodzeń, gdzie rozstrzał „widełek” jest jak z Zakopanego do Gdańska, to coś normalnego.