NIE JESTEM SEKRETARKĄ, NIE KLEJĘ KOPERT

„Niech będzie przyjemna dla oka, urocza w rozmowie, charakterna i wesoła” – „Chicago Tribune”, 1943 r.

W wielu krajach w ostatnią środę kwietnia (w Polsce również w styczniu) obchodzone jest święto, które ma na celu docenienie pracy pracowników biurowych: sekretarki i sekretarza, asystentki i asystenta, oraz pracowników pomocniczych w biurze, pojmowanych ogólnie, jako pracowników administracyjnych. Z przymrużeniem oka pracownicy sądowi (urzędnicy i inni pracownicy) również dołączają się do obchodów tego święta.

Dlaczego powstał zawód sekretarki? Ano historia głosi, że z powodu niechęci mężczyzn do pisania. A poza tym, jak przekonywał poradnik z 1943 r., kto lepiej okaże szefowi (mężczyźnie) szacunek i podziw, których on potrzebuje. Prawie że do końca XIX wieku mężczyźni sami pisali listy, prowadzili księgi, zdarzało się nader często, że zatrudniali pomocników, którzy mieli za zadanie wykonywać czynności sekretarskie.

Zawód sekretarki rozwinął się w okresie emancypacji, kiedy kobiety zaczęły być przyjmowane do pracy na podobnych stanowiskach. W 1873 r. opatentowano maszynę do pisania, która zrewolucjonizowała pracę kobiet. Panowie stwierdzili, że wynalazek ten może okazać się bardzo pomocny, (oczywiście dla kobiet) w wykonywaniu prostych prac, które nie wymagają kreatywności, samodzielności, a co najważniejsze kwalifikacji. Zajęcie nudne i mało płatne – zdecydowanie dla kobiet, którym płacono o połowę niższe wynagrodzenie. Tak jak niektórzy rodzą się z idealnymi palcami do grania na pianinie lub fortepianie, tak też stwierdzono, że kobiety mają palce małe i zwinne, wręcz stworzone do pisania na maszynie. Żeby produkt dobrze się sprzedawał, producenci przekonywali, że zakup maszyn i zatrudnienie kobiet do ich obsługi, jest świetnym interesem dla przedsiębiorców, bo przy okazji rodzącym oszczędności. Powoli zmieniał się styl pracy. Zadania, które wykonywał jeden urzędnik, rozkładano na kilka stanowisk. Mężczyźni stali wysoko w hierarchii firmy, nie musieli już sami pisać ani ręcznie, ani na maszynie – od tego mieli przecież kobiety. Jednakże z czasem zauważyli, że nie do końca był to tak genialny pomysł, jak myśleli na początku, wszechobecność kobiet w biurach stała się niewygodna. Kobiety stawały się coraz bardziej samodzielne, stanowiły wręcz konkurencję dla panów na rynku pracy. Co zrobili panowie? Próbowali dyskredytować kobiety na różny sposób, zastanawiali się i rozpowszechniali teorię, czy aby makijaż kobiet w pracy nie jest zbyt ostry, czy nie kłoci się z atmosferą pracy. Zarzucali im dyletanctwo, brak pogłębiania wiedzy, przekonywali, że są mniej wydajne od nich samych, że pracę traktują jak fanaberię, żeby zarobić na perfumy, kapelusze, czy inne fatałaszki. W 1911 r. powstała nawet specjalna szkoła dla sekretarek. Szkoliła ona dziewczęta w tym, aby zawsze miały dobry gust, godność, urodę i inteligencję. Młode dziewczęta uczyły się jak miło rozmawiać przez telefon, jak się gustownie ubierać. Miały być podległe szefowi, usłużne i pogodne, wspierać go, gdy miał gorszy dzień. Sekretarka zawsze była w pracy przed swoim szefem i wychodziła po nim, nigdy przed. Takie japońskie gejsze dla swoich szefów. Po I wojnie światowej liczba kobiet pracujących umysłowo zwiększyła się do 70%, w Polsce panie opanowały sekretariaty. W latach 1950-1989 zatrudnienie kobiet u nas wzrosło aż o 252%.

Wszystkie profesje obrastają pewnymi mitami i stereotypami, więc nadal panował stereotyp flirtującej, niepoważnej sekretarki, mizdrzącej się do szefa i szukającej męża. Pamiętacie serial Alternatywy 4? Co jakiś czas przewija się scenka z sekretariatem prezesa spółdzielni mieszkaniowej, gdzie pani bodajże Jadzia broni, prawie że własną piersią dostępu do gabinetu prezesa. W latach 60-tych w amerykańskich biurach sekretarka miała wiele niestandardowych zadań np. przygotowywanie drinków, kupowanie prezentów dla żon i kochanek. W latach 70-tych feministki za priorytet uznały obronę dobrego imienia sekretarek. Symbolem stało się chodzenie w spodniach do pracy, odmowa parzenia kawy i mycia kubków. Na marginesie można dodać, że nawet w naszych zakładach pracy nadal niektórym wydaje się, że urzędnik jest również od parzenia kawy i mycia przysłowiowych szklanek sędziom, które zostawiają na swoich biurkach, albo tam, gdzie ostatnio siedzieli w sekretariacie.

Po wejściu do powszechnego obiegu komputerów mężczyźni uznali pisanie na klawiaturze za zajęcie, które nie uwłacza ich męskiej godności.
Było trochę pół żartem i pół serio, ale jakby na to na spojrzeć, pracę sekretarki, a coraz częściej też sekretarza uznaje się za bardzo odpowiedzialną. W sądownictwie powszechnym popularnie mówi się o urzędnikach „sekretarki”, chociaż niejeden z nas denerwuje się na takie określenie, gdyż praca sekretarki, jak to historia nam pokazała, miała inne wartości. Urzędnik sądowy (zgodnie z rozporządzeniem w sprawie stanowisk…) nosi miano sekretarza sądowego i tego drodzy sędziowie, prosilibyśmy, aby się trzymać i nie mówić np. „moja sekretarka to…”. Ani ten urzędnik czyjś na własność, ani sekretarką do parzenia kawy. Tak jak my szanujemy pracę innych, tak powinno się traktować również nasze obowiązki. A na koniec przyjrzyjmy się tym, co zapewne najbardziej większość interesuje: wynagrodzenie. Najgorzej opłacani pracownicy biurowi są w administracji publicznej (nieco lepiej w administracji samorządowej, gorzej w administracji państwowej).

Praca w sekretariatach, czy też w bezpośrednim kontakcie z dyrektorem lub prezesem bywa dosyć stresująca, na dodatek wymaga od nas maksymalnego wykorzystywania umiejętności organizacji pracy, dlatego nie wystarczy mieć długie nogi, sukienkę z najnowszej kolekcji i przyklejony uśmiech, trzeba przede wszystkim być specjalistą w swoim zawodzie.

(pisząc felieton posiłkowałam się informacjami historycznymi z artykułu „Sekretarka” A. Janiak-Jasińskiej)