O tym jak „nikły samokrytycyzm” przełożonych w sądach zamienia się w przemoc

Tym razem nie będzie żartów. Jak rzekła pewna pani: „taki mamy klimat”. Mąż naszej sąsiadki okazał się podłym draniem. Od wielu lat stosował wobec swojej rodziny przemoc psychiczną. Żonę i dzieci utrzymywał cały czas w przekonaniu, że nie są nic warci i bez niego nie dadzą sobie rady. Zastraszał ich i zabraniał mówić komukolwiek o tym, co dzieje się w ich domu.

– Jesteśmy przecież dorośli i potrafimy sami załatwiać swoje sprawy – mawiał ubrany w czystą i wyprasowaną koszulę. Nikt nie miał pojęcia o tym, co działo się w ścianach ich mieszkania położonego na dziesiątym piętrze wieżowca na jednym z krakowskich osiedli z wielkiej płyty. Nikt nie wiedział do czasu, gdy przekonany o konieczności wpłynięcia na postępowanie żony postanowił ją skruszyć, zamykając w czasie mrozu na balkonie. Żona tego nie wytrzymała. To była ta łyżeczka soli, która spowodowała, że życie stało się zbyt bolesne. Wyskoczyła.

Czym różni się ten powszechnie potępiany mąż od kierownika sekretariatu, oddziału, dyrektora czy przewodniczącego wydziału, który pastwi się nad swoimi podwładnymi, zastrasza ich, wpędza w poczucie winy, obciąża za niedomagania całej organizacji i podtrzymuje w swoich podwładnych poczucie braku wartości i przypomina, że nie wolno im nikomu o tym mówić? Tymczasem zastraszeni pracownicy, mający na utrzymaniu swoje dzieci, kredyty, zobowiązania, chorych bliskich – trudno im się dziwić – zaczynają zachowywać się jak typowa ofiara przemocy. Są zestresowani do granic możliwości, obawiają się każdego wydziałowego zebrania, wszędzie zaczynają widzieć zagrożenie, a strach z czasem zaczyna im uniemożliwiać trzeźwą ocenę sytuacji i  szukanie pomocy. Otóż nie różni się niczym, mimo że ubrany jest w szykowną garsonkę, sztywny biały kołnierzyk czy sędziowską togę. Wprawdzie nie bije swoich ofiar i ich nie gwałci, ale stosuje przemoc psychiczną. Szkody przez nią wyrządzane są zaś bardziej dotkliwe i pozostawiają urazy, które mogą nie być widoczne przez wiele lat, ale w konsekwencji kończą się bardzo źle. Jak możemy przeczytać w artykule Pauliny Zduniak w Gazeta.pl, metodami stosowanymi przez takiego kata są: wyśmiewanie, groźby, degradacja werbalna, zawstydzanie, upokarzanie, poniżanie, obwinianie (także za „konieczność” stosowania przemocy), krytyka, manipulowanie poczuciem winy, wmawianie choroby psychicznej, narzucanie własnych sądów, zakazywanie mówienia innym o zdarzeniach mających miejsce w ich sądzie.

Jeśli opisane zjawiska wydają Ci się bliskie, przyjmij do wiadomości, że skończyły się żarty. Możesz albo zgodzić się na deptanie swojej godności, albo próbować temu zaradzić. Najważniejsze – nie wolno Ci uwierzyć katowi i milczeć. On zawsze będzie twierdził, że ma rację. Nie będzie zainteresowany tym, co myślą inni. Będzie tłumaczył, że robi to dla dobra… Na początek zrób dla siebie notatkę z każdego zdarzenia, napisz w niej datę, miejsce, czas, opis sytuacji i własne samopoczucie w trakcie i po zdarzeniu. Zapisek schowaj, tylko dla siebie. Może nigdy nie będzie potrzebny, a może okazać bardzo przydatny w późniejszym czasie.

Twoja sytuacja nie jest odosobniona. W ubiegłym roku przeprowadzone zostały badania w polskim sądownictwie, które pokazują druzgocący obraz naszych miejsc pracy. Mamy mobbingową kulturę organizacyjną na niespotykaną skalę. Jak czytamy w publikacji będącej wynikiem przeprowadzonego badania „styl zarządzania panujący w sądach opiera się na nadmiernej kontroli podwładnych, ich niesprawiedliwym traktowaniu, braku obiektywnych norm i zasad pozwalających na traktowanie wszystkich pracowników jednakowo, a także braku kompetencji przy jednoczesnym nikłym samokrytycyzmie ze strony zarządzających” (Stres zawodowy w sądach powszechnych i jego skutki zdrowotne. Wyniki badania TEMIDA 2015, red. K. Orlak, Warszawa, 2015, s. 33). W takich warunkach pracuje 70% pracowników polskich sądów. To od nas zależy, czy będziemy się zgadzać na deptanie własnej godności.