Związkowcy z klasą

Tam, gdzie przynależność do związków zawodowych jest powszechna – pracującym żyje się lepiej. W  Szwecji i Finlandii do związków należy 70% pracowników. W Polsce zaledwie 12%. Pokutuje polskie „nie da się…”

Ostatnio było o sądach – tych toksycznych i tych idealnych. Ostatnie doświadczenia z własnego  podwórka, ale także informacje, które udało się wymienić z innymi działaczami naszej organizacji, w  czasie VIII Zjazdu Koordynatorów w Gdańsku skłoniły mnie do przemyśleń na temat samych związków zawodowych i związkowców. Sam swoją przygodę z NSZZ „Solidarność” Pracowników Sądownictwa zacząłem bodaj na początku roku 2015. Byłem przytłumiony atmosferą z  własnego podwórka, gdzie panuje wszechobecny strach, gdzie pracownicy dostrzegają problemy, ale  zgodnie twierdzą, że i tak nie da się nic zmienić, a spośród siebie losują delikwenta, który odważy się zadzwonić i zapytać o to, kiedy będzie wypłata. Sam przez długi czas byłem przekonany, że tak musi  być, że związki zawodowe poza nielicznymi branżami pozostają bierne i robią wszystko, by nie narazić się  pracodawcy. Z tym większym zaintrygowaniem obserwowałem doniesienia medialne o jakiejś  organizacji, która głośno mówi o nieprawidłowościach, organizuje otwarte protesty pod gmachem ministerstwa, a kolejnemu ministrowi na przywitanie wręcza miotłę, by posprzątał po  poprzednikach i Snickersa, żeby nie gwiazdorzył.

Zaczęło się od wiadomości przesłanej do przewodniczącej, a potem poszło praktycznie za ciosem. Nie  oczekiwałem nigdy od związku zawodowego, że załatwi coś konkretnego dla mnie. Miałem całkiem dobre relacje z przełożonymi, nie najgorszą pensję. Chciałem, żeby zmieniło się coś bardziej globalnie – z  korzyścią dla wszystkich. Wsparcie organizacyjne i prawne otrzymałem od „Solidarności”  pracowników Sądownictwa. Niestety, tak już jest, że dążenia pracodawców, pracowników i związków  zawodowych z natury rzeczy często są rozbieżne. W sektorze prywatnym zwykle idzie o zyski przedsiębiorstwa, w administracji publicznej i w sądach chyba bardziej o niepodzielną i absolutną  władzę. Próby podjęcia dialogu, tłumaczenia racji naszej strony i podejmowane środki prawne  powodowały, że szybko w ciągu jednego tygodnia od swoich przełożonych usłyszałem więcej krytyki dotyczącej mojej pracy niż za cały kilkunastoletni okres zatrudnienia. Pracownicy widzący  działania i zaangażowanie zaczęli coraz liczniej wstępować do naszej organizacji.

Gdy powiedziało się „A”, trzeba powiedzieć „B” – z czasem trzeba było postawić wszystko na jedną kartę,  zaryzykować, przyjąć do wiadomości, że będzie się ponosiło konsekwencje swojej związkowej działalności. Trzeba było przezwyciężyć lęk i obawy. Na szczęście instytucja związku zawodowego zapewnia pewne środki minimalizujące ryzyko. Przez ten w sumie krótki czas działalności związkowej najbardziej jednak przeszkadzały mi dwie postawy pracowników. Pierwsza  polega na tym, że osoby, które nie chcą zrzeszać się w związku zawodowym, mają wygórowane  oczekiwania. Nie przyjmują do wiadomości, że osiąganie celów wymaga czasu i systematycznych drobnych działań. Często nie wiedzą, jakie są realia budżetowe sądu ani tego, że  fundusz świadczeń socjalnych nie jest z gumy i dodanie jednego świadczenia zwykle musi wiązać się ze  zlikwidowaniem drugiego. Takie osoby często nie tylko tego nie wiedzą, ale gdy się im tłumaczy takie  zawiłości, nie są tym zainteresowane. Tymczasem odpowiedzialny związek zawodowy musi uwzględniać realia, rozumieć sytuację pracodawcy i odróżniać, kiedy ten nie chce, a kiedy nie może  czegoś zrobić. Drugą rzeczą, którą jeszcze bardziej trudno mi tolerować, to sposób, w jaki niektórzy  członkowie rezygnują z członkostwa w związku.

Gdy ktoś mówi, że składka jest za wysoka – zawsze można znaleźć na to jakieś rozwiązanie. Podobnie, gdy ktoś otwarcie mówi, jakie działania organizacji (lub ich brak) mu się nie podobają – wtedy  zawsze można rozmawiać i czerpać wiedzę o tym, co powinno się zrobić i co doskwiera najbardziej załodze. Dla mnie jednak rzucone od niechcenia zdanie: „Już mi się nie opłaca” albo „Tak po prostu” jest równoznaczne z daniem w twarz działaczowi, który bierze na siebie ciosy ze  strony pracodawcy. Być może trzeba jednak mieć przysłowiowe jaja, by zachować się inaczej.

Pamiętajmy, że im liczniejszy jest związek zawodowy, tym ma większe możliwości w negocjacjach z  pracodawcą. Wiele osób niechętnie jest nastawionych do idei związku zawodowego. Nie da się jednak ukryć, że nie ma innej przeciwwagi zakusom pracodawców, by mogli robić, co chcą z  pracownikami. W krajach, w których uzwiązkowienie pracowników sięga nawet 70-80% pracownicy  mają zdecydowanie lepiej (choćby w Skandynawii). Podobnie jest z branżami, w których uzwiązkowienie jest wysokie. Dlatego następnym razem, gdy masz, drogi Czytelniku, ochotę ponarzekać, że górnicy, służba zdrowia czy nauczyciele znowu coś sobie wywalczyli, zadaj sobie pytanie,  czy należysz do związku zawodowego – bo w tych branżach uzwiązkowienie jest ponadprzeciętne.

Gdy zaś coś Ci się nie podoba w działalności Twojej organizacji związkowej – miej odwagę i powiedz o  tym albo sam się zaangażuj w działalność. Nawet jak odchodzisz – zrób to z klasą.