Smutne refleksje po 20 latach pracy w sądownictwie

Szanowna Redakcjo,
Tak chyba wypada się zwracać w liście do związkowego pisma. Wybaczcie, ale dotąd nigdy nie pisałam takiego listu.
W sądzie pracuję od przeszło dwudziestu lat. Nie należę do związków zawodowych, ale skorzystałam z formularza kontaktu, który udostępniliście w internecie i korzystam z możliwości podzielenia się swoimi spostrzeżeniami na temat tego, jak funkcjonują nasze sądy. Jestem przekonana, że wielu czytelników ma podobne przemyślenia i doświadczenia. Myślę, że powinniśmy o tym zacząć głośno mówić, bo jest naprawdę źle.
Swoją pracę zaczynałam w czasach, gdy sądy nie były jeszcze tak dociążone obowiązkami. Pracy zawsze było dużo, ale atmosfera była bardzo ludzka i sprzyjająca pracy. Każdy z nas wiedział, że praca musi być wykonana, znał zakres swoich obowiązków, mógł pracę planować. Dzisiaj jest to niemożliwe. W sądach, w których wykonywałam i wykonuję swoje obowiązki, właściwie nic nie funkcjonuje prawidłowo. Cała organizacja pracy jest jedną wielką improwizacją. Właściwie każdego roku przepisy nakładają na nas dodatkowe czynności i nigdy nie szło za tym wzmocnienie kadry. Obecnie w naszym sekretariacie nie jesteśmy w stanie praktycznie niczego zaplanować. W każdej chwili może wystąpić sytuacja, w której nie będzie wiadomo, kto pójdzie na salę rozpraw, czy obsada będzie wystarczająca, by wykonać choćby najpilniejsze obowiązki. Nie jestem specjalistką od organizowania pracy, ale myślę, że nie trzeba nią być, by wyraźnie dostrzec, że panuje wszechogarniający chaos. Niemal każdego dnia pojawiają się awarie systemów komputerowych, aktualizacje oprogramowania, gniazdka sieciowe i telefoniczne wypadają ze ścian. Starałam się policzyć, na ilu różnych systemach komputerowych codziennie pracuję i wyszło mi, że na dwunastu różnych aplikacjach. Do każdej z nich muszę wprowadzać co miesiąc nowe hasło, oparte o inny algorytm. Zgodnie z zasadami bezpieczeństwa, żadnego z tych haseł nie mogę zapisać, chociaż każda z nas ma swoją „księgę” haseł, bo bez tego byśmy chyba zwariowały. Nie doliczyłam do tego haseł do komputerów i intranetu. Samo to wyraźnie wskazuje, że nasze sądownictwo jest łachem łatanym na bieżąco, pod coraz to nowe rozwiązania i przepisy.
W idealnym (a może po prostu normalnym) sądzie powinien funkcjonować jeden spójny system informatyczny, który pełniłby swoje funkcje we wszystkich wydziałach i oddziałach. Moi synowie, którzy pracują w korporacjach i prywatnych firmach nie mogą zrozumieć jak może w takim bałaganie i chaosie funkcjonować jakakolwiek organizacja. Ja także jestem niekiedy zdumiona, patrząc przez pryzmat własnych doświadczeń, że sądownictwo w Polsce jeszcze w ogóle funkcjonuje. Żadna z nas nie jest w stanie zaplanować swojej pracy, gdyż ciągle jesteśmy odrywane od swoich podstawowych obowiązków do doraźnych czynności, które okazują się z różnych powodów pilne. Przychodzisz do pracy i nie masz najmniejszej możliwości nic zaplanować. Kadry w naszych sądach są przesuwane w sposób chaotyczny i nieprzewidywalny. Nawet nasza kierowniczka nie jest w stanie zaplanować urlopów sekretariatu, gdyż nigdy nie wie, kiedy jej kogoś zabiorą lub dodadzą (np. z zaległym urlopem). W skali makro też dotykają nas ciągłe zmiany. Moim zdaniem zbyt często zmieniają się operatorzy pocztowi i zasady związane z obsługą korespondencji. Kiedyś, będąc urzędnikiem, wiedziałam, że muszę jak najszybciej wyekspediować korespondencję, że muszę skupić się na starannym i rzetelnym jej przygotowaniu, by wszystko odbyło się terminowo i bez szkody dla czasu toczących się postępowań. Dzisiaj jestem przynajmniej raz w miesiącu obligowana do czytania skomplikowanych umów zawieranych pomiędzy kierownictwem sądu a operatorami pocztowymi, licznych załączników do tych kontraktów, instrukcji i wyjaśnień związanych z procesem składania reklamacji, dochodzenia odszkodowań i wieloma innymi zagadnieniami, które absolutnie nie należą do kompetencji urzędnika sądowego.
Być może odbierzecie moje żale jako dowód na brak elastyczności i zdolności do rozwoju. Jednak nie o to chodzi. Myślę, że aby sąd mógł sprawnie funkcjonować, musi być sprawnie zorganizowany i zarządzany. Każdy ma w nim swoją rolę do spełnienia. Ja muszę sprawnie protokołować, wykonywać zarządzenia, ale do obsługi kontraktów pocztowych są inne osoby zatrudnione na stanowiskach w administracji sądu i jego władze.
Zresztą patrząc na to wszystko bardziej szeroko, wszystko w naszym resorcie tak funkcjonuje od wielu lat. Pamiętacie, gdy pojawił się wymóg uzyskania wyższego wykształcenia.
W naszym sądzie bardzo wiele osób rozpoczęło studia wyższe. Pierwotnie mówiono coś o refundacji kosztów, ale żadnych zasad nie opracowano. W efekcie nikt nic nie wiedział.
Z jednej strony mieliśmy wizję utraty pracy (taka przecież była konsekwencja wynikająca z ustawy), z drugiej niejasne zasady refundacji i ryzyko jej braku. Nikt nie potrafił nam odpowiedzieć, jaki kierunek studiów będzie refundowany, a jaki nie. Część ludzi pokończyła studia. Minęło zaledwie kilka lat i kolejna ekipa w resorcie sprawiedliwości zniosła ten obowiązek. Czy tak traktuje się dorosłych ludzi w normalnym zakładzie pracy? To jest aż trudne do uwierzenia dla osób, które sądu nie oglądają od środka.
Napisałam na wstępie, że nie należę do związków zawodowych. Należałam kiedyś, gdy właściwie nie były potrzebne, bo wszystko funkcjonowało normalnie. Dzisiaj, gdy wszystko funkcjonuje nienormalnie, większość z nas odczuwa strach, by wyjść przed szereg i narazić się. U nas jedna koleżanka zaangażowała się dosyć mocno w związki zawodowe i ponosiła tego konsekwencje przez długi czas. Wszyscy widzieliśmy, co z nią robią, ale nie mogliśmy niczego zrobić. Taki jest układ sił w sądzie. Grasz jak ci zagrają albo lecisz na samo dno. Ostatnio widzę, że trochę się to zmienia. Mam nadzieję, że tak będzie dalej. Widzę też ile wartościowych osób, które świetnie pracowały, odchodzi z sądu lub myśli bardzo poważnie o zmianie pracy. Nowe osoby, które przychodzą, bardzo szybko rezygnują. Pieniądze przecież niewielkie, a oczekiwania bardzo wygórowane. Do tego trzeba zgodzić się na brak szacunku ze strony bezpośrednich przełożonych, często także ze strony sędziów.
Moja siostra jest pielęgniarką. Bardzo często próbuje się porównywać sąd do szpitala – w zakresie organizacji, podległości służbowej i zależności pomiędzy różnymi grupami zawodowymi. Wiem jednak, że to porównanie jest nieodpowiednie. Moja siostra w swojej pracy, ze swoim doświadczeniem jest bardzo szanowana na oddziale. Ciągle uczestniczy w szkoleniach, nie musi się obawiać, gdy lekarzowi przedstawia swoje stanowisko w sprawie, która dotyczy merytorycznie jej pracy. Na sali operacyjnej jest traktowana jako kompetentny członek zespołu. Ja w swojej pracy nie mam co liczyć nawet na takie traktowanie – pomimo wykształcenia i doświadczenia.
Wiem, że moje refleksje są może trochę bez składu i ładu. Przepraszam za to, ale piszę je od serca. Mam nadzieję, że przyjdzie taki czas, że uda się w sądownictwie wszystko jakoś zorganizować i poukładać. Bez tego wkrótce czeka sądownictwo duży kryzys, brak doświadczonej kadry urzędników. Ja stosunkowo niedługo będę kończyła swoje życie zawodowe. Pewnie nie doczekam takich czasów. Może jednak czytelnicy będą jeszcze mieli okazję zobaczyć takie zmiany. Chociaż trudno w to uwierzyć.
Podpisuję się zmienionym imieniem. Wybaczcie, nie mam odwagi podać swoich prawdziwych danych. Takie realia. Pewnie wszyscy to zrozumieją i będą dobrze wiedzieli dlaczego. Życzę Wam powodzenia, bo może dzięki Wam coś się chociaż trochę zmieni na lepsze.
Alicja